W takie grudniowe dni jak dziś, gdy śnieg pada i na zewnątrz jest zimno, sięgam pamięcią do lata i słońca. Ze wszystkich dni letnich, utkwił mi w pamięci jeden. Wybraliśmy się wtedy nad pobliskie jezioro.

Wstaliśmy rano. Zjedliśmy śniadanie. Ja zajęłam się ogarnianiem domu i pakowaniem najpotrzebniejszych rzeczy. Mój syn jak prawdziwy starszak, sam się ubrał. Jest samodzielny, potrafi zrobić wiele rzeczy wokół siebie.

Wyszliśmy wcześnie, ponieważ ten dzień zapowiadał się bardzo upalnie. Nad jeziorem było przyjemniej niż w domu. Wiatr wiało delikatnie, woda była chłodna. Wypakowałam rzeczy, rozłożyłam koc. Mój starszak przystąpił do zabawy. Przez dłuższą chwilę budował zamek z piasku.

Co chwilę patrzyłam w jego stronę, żeby mieć pewność czy wszystko jest w porządku i czy ma założoną czapeczkę. Ale delektowałam się ciszą. W pewnym momencie podeszła pewna mama z chłopcem obok nas. Chłopiec był w podobnym wieku do mojego syna, miał około czterech lat.

Jego mama była zbyt troskliwa. Miałam wrażenie, że gdyby mogła, to oplotłaby swoje dziecko ośmiorniczymi mackami. To nie żart!

– Maciusiu daj wytrzeć sobie buźkę – powtarzała co chwilę, po czym wyciągała nawilżoną chusteczkę do wycierania pupy i wycierała dziecku buzię.

– Maciusiu usiądź, nie wstawaj. Maciusiu chcesz jeść/pić/ siusiu/ nie patrz na słońce/nie baw się na zjeżdżalni… Maciusiu

Co 30 sekund o coś pytała. Nie dawała za wygraną.

Rozumiem, że naszym obowiązkiem jest troszczenie się o dziecko. Ale dziecko potrzebuje swobody. Beztroskiego bawienia się, radosnego dzieciństwa, a nie ciągłego troszczenia się. To męczące.

 

Pozwalam mojemu dziecku na bycie dzieckiem

 

Pozwalam mu bawić się w piachu. Umorusać, mieć piasek we włosach. Pozwalam pobrudzić mu spodnie od trawy. Chcę, żeby poznawał świat spontanicznie, ale bez nadmiernego kontrolowania. Jasne, że kontrola jest potrzebna, bo bez kontroli nie byłoby bezpiecznie. Ale nie przesadzam.