Na swojej drodze spotkałam różnych ludzi. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że nasze relacje układają się dobrze. Ba, nawet bardzo dobrze. Jednak z czasem okazywało się, że prawda jest nieco inna.

Im dłużej przyjaźniłam się z koleżankami z pracy, byłam w związku, tym bardziej miałam wrażenie, że inni mnie wykorzystują. Jasne, że zawsze chętnie godziłam się na to, by pomagać innym i nigdy nie odmawiałam, ale po dłuższym czasie tkwienia w takiej relacji czułam się jak Matka Teresa.  Na usprawiedliwienie swojego zachowania, mogę powiedzieć, że bałam się, że jeśli zacznę odmawiać, inni przestaną mnie lubić. Zachowywałam się spolegliwie, bo jako dziecko nauczyłam się, że będę potraktowana i oceniona niesprawiedliwie. Że inni będą patrzeć na mnie z pogardą, jeśli nie zgodzę się na czego ode mnie oczekują.

Wystarczyło tylko, żeby koleżanka z pracy spojrzała na mnie z wyrzutem, gdy prosiła o to, żebym wzięła za nią popołudniową zmianę, a ja brałam. Tak samo było w przypadku mojego nowego związku. Tomek był przystojny i do tego szarmancki. Jedyną jego wadą było to, że był typem wiecznego chłopca. Mimo tego że znaliśmy się krótko, szybko ze sobą zamieszkaliśmy, bo po 6 miesiącach. Na mojej głowie znalazły się wszystkie obowiązki. Płacenie rachunków, pójście do banku czy wezwanie hydraulika. Zazdrościłam moim koleżankom, że mają facetów, na których zawsze mogły liczyć, a mój jest taki nieogarnięty. Ale nic z tym nie robiłam, nadal byłam miła i grzeczna.

Z drugiej strony zaczęłam wykorzystywać fakt, że Tomek oczekuje ode mnie wiecznej pomocy, bo wiedziałam, że im więcej będę z siebie dawała tym bardziej uzależnię od siebie Tomka. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że im bardziej będzie mnie potrzebował, tym będą mniejsze szanse na to, że mnie zostawi. No właśnie, wiedziałam i z premedytacją wypominałam mu, że ja dla niego tylko robię, a on dla mnie nic.

Sytuacja, w której ja udawałam „ofiarę”, a z niego robiłam „kata” trwała do dnia, gdy po powrocie z pracy, zauważyłam, że nie ma jego rzeczy w domu.  Usiadłam w fotelu i się rozpłakałam.  Nie rozumiałam, powodu dla którego mnie zostawił, przecież tak bardzo mnie potrzebował, a ja tyle mu dawałam. Dopiero koleżanka z pracy podpowiedziała mi, że powinnam zrobić bilans relacji. Że coś jest nie tak w mojej relacji z innymi. Że nie potrafię odmawiać. Że byciem tą „dobrą” grubo przesadzam. Pierwszy raz w życiu poczułam się tak jakbym dostała w twarz. Bolało. Ale postanowiłam wziąć się w garść. Pierwszy raz od dawna. ”

Historia, którą opowiedziała mi  Monika przedstawia relację dawcy i biorcy. Początkowo biorca jest zachwycony oddaniem dawcy, jednak z czasem zaczyna go taka relacja męczyć. Po dłuższym czasie zachowanie dawcy wpędza biorcę w poczucie winy. Z kolei dawca dając czuje się lepiej i manipuluje drugim człowiekiem. Dając uzależnia od siebie, a wreszcie zaczyna kontrolować biorcę.

Żeby osiągnąć równowagę dawca musi nauczyć się odmawiać, stosując sztukę asertywności. To najtrudniejsze zadanie, bo jest tak odległe jak zachód słońca na Saharze dla niedźwiedzia polarnego.

Pamiętaj! W przyrodzie musi być równowaga. Dlatego czasami musimy zrobić sobie bilans relacji i sprawdzić, czy nie przesadzamy albo w jedną, albo w drugą stronę. Przesada w żadną stronę nie jest dobra.